... czyli o wszystkim po trochu
niedziela, 11 grudnia 2011
Mnożenie bytów

www.cwiczeniazpatrzenia.blogspot.com

 

zapraszam!

 

a ten blog? na razie zostaje :)

piątek, 19 sierpnia 2011

"Tak to już jest z Kaszubami... Zawsze dostają po głowie... Kaszubów nie można przenieść nigdzie, oni zawsze muszą być tutaj i nadstawiać głowy, żeby inni mogli uderzyć, bo my za mało polscy jesteśmy i za mało niemieccy, bo jak ktoś jest Kaszubą, nie wystarcza to ani Niemcom ani Polakom".

Günter Grass, Blaszany bębenek

czwartek, 18 sierpnia 2011
...

Wczesny październik 1985. Płaczę, niesiona przez tatę. Jacyś ludzie się do mnie uśmiechają, próbują mnie pocieszyć. Jest chłodno, mam na sobie czerwoną kurtkę z białym zamkiem. W lutym skończyłam 3 lata. To pogrzeb dziadka. Nad grobem stoi dużo żałobników, wokół porozrzucane są wieńce.

Lato tego samego roku. Dziadek zabiera mnie na spacer, kupuje mi różowego gumowego misia z bębenkiem, takiego, który piszczy, i smoczek. A miało nie być smoczków, bo jestem za duża. Smoczek jest granatowy. Poprzedni był niebieski, błękitny w zasadzie. Wtedy myślałam, że niebieski.

Boże Narodzenie 1987 roku. Na dworze zima. W pokoju obsypuje się choinka, pewnie przez rozgrzane kaloryfery. Igły spadają na wiśniową podłogę. Przyglądam się podstawie choinki, zrobioną przez dziadka z metalu. Są to cztery krasnale. W styczniu zamieszkamy w nowym mieszkaniu, a ja będę tęsknić za starym pokojem.

Inne Boże Narodzenie, może 1986? Mama zaprawiła dynię w occie, pierwszy i ostatni raz. W pokoju w Oliwie panuje przyjemny półmrok.

Zima, jeszcze mieszkamy u babci. Styczeń, może luty. Tata zabiera nas na dwór. Siostra jeździ na łyżwach, mnie tata ciągnie na sankach. Lodowisko jest przed jedynym wieżowcem, jaki wyrósł w otoczeniu domów, wybudowanych między 1952 a 1960.

Zapach piwnicy i strychu w domu babci. Bawimy się narzędziami dziadka, ubieramy w stare sukienki mamy. Znalazłyśmy ślubną. I drewniane siedzonko dziecięce z naklejką. I wózek mamy. Wiklinowy. Tamtych rzeczy już nie ma, babciny strych już nie jest babciny, tylko obcy. Dom też obcy, odkąd babcia wyprowadziła się do dziadka.

Dziwne, co zapada w pamięć.

czwartek, 11 sierpnia 2011
Zdmuchując kurz z bloga...

 

Po czerwcowych mgłach, regularnie spowijających wybrzeże, wreszcie nadciągnął upalny, letni na wskroś lipiec i wciągnął mnie tak mocno, że nie miałam czasu / ochoty / sił tutaj zaglądać. Zamiast tego przeczytałam dwie z trzech ksiąg Blaszanego bębenka, opaliłam sobie stopy w paski, nosząc wciąż te same sandały (które czekają na nasz wyjazd i zasłużoną emeryturę na jakimś wysypisku, bo są, że tak powiem, na ostatnich nogach), odkryłam magiczne miejsce w Torrey Pines, świętowałam rocznicę przyjścia na świat córeczki, obronę doktoratu męża (doktoratu, który rodził się w bólach i zakończył szczęśliwym rozwiązaniem) i robiłam wiele innych, mniej lub bardziej sensownych rzeczy. Dziś jednak w powietrzu czuć było zmianę, upalne dni, choć jeszcze nie minęły, zdecydowanie złagodniały, a wieczory i poranki raczą nas chłodem i wilgocią w powietrzu. Idzie jesień, nie ma co. Upalne dni zostaną z nami jeszcze jakiś czas, ale nieuchronnie zbliżamy się ku porze deszczowej, zimnym nocom i nieco krótszym dniom. A kiedy wrócę już z podróży, obładowana torbami, zdjęciami i wspomnieniami, po zapachu letniego powietrza nie będzie ani śladu. Przejrzę wtedy zdjęcia z lata, popijając z mężem grzane wino i ciesząc się, że znowu jesteśmy razem...

 

  

 

 

sobota, 25 czerwca 2011
Lato...

Pory roku nadal pozostają dla mnie w tym miejscu kwestią umowną. Czym bowiem różni się lato od reszty roku (poza nieprzesadnie oczywistym faktem, że dzień jest nieco dłuższy)? Z lekka cieplejsze, tak samo mgliste, równie suche co jesień. Nie, nie przeszkadza mi to. Już nie. Nie ma mi sił przeszkadzać, a poza tym ma to kilka plusów...

Podróże. Były, minęły. Męczące. I chociaż się skończyły, zmęczenie zostało. I wspomnienia oczywiście. I zdjęcia. Pssssstryk. Dzieci, owoce, budynki. Kwiaty, pomniki, byle co. Pssstryk.

Nie mam sił na zastanawianie się nad sobą, więc podczytuję, podpatruję, śledzę... życie blogerów. I czym to się różni od zaglądania do sąsiadów przez dziurkę od klucza? Tak, wiem, publiczne w sieci, sami się proszą... A sąsiedzi nie. Niech będzie. Wnioski? Zamiast spędzać tak czas powinnam wziąć się za siebie. Albo za spanie. Albo za szydełkowanie (bo i czemu nie?). Jak na lato strasznie to przypomina depresję zimową. No, ale skoro niewielka różnica w otoczeniu...

Najbardziej męczy mnie zmęczenie. I rozdrażnia. Zaczęłam łykać żelazo. A co mi tam...

...

Co by tu robić przez resztę życia...?

 

 

piątek, 13 maja 2011
Arizona. Migawki.

Właściwie nie ciągnęło nas za bardzo do Arizony. Wielki Kanion zwiedziliśmy krótko po moim przyjeździe, Phoenix zaś jakiś czas temu, w w drodze do Albuquerque. Do tego ten stan wydawał się nam opustoszały i mało zajmujący. A jednak... przy nadarzającej się okazji postanowiliśmy dać Arizonie jeszcze jedną szansę i kupiliśmy przewodnik...

Tak zaczęła się nasza podróż, cztery dni w samochodzie załadowanym wózkiem, łóżeczkiem turystycznym, jedną walizką, która pomieściła ubrania dla czterech osób (im dłużej podróżujemy, tym bardziej stajemy się praktyczni) i porcją mleka w proszku i kaszek. Cztery dni, podczas których temperatury wahały się między +30 a - 10 stopniami, a pustynie zamieniały się w przepastne łańcuchy górskie. Arizona nie jest nudna. Nie jest też łatwa do uchwycenia. Arizona ma wiele warstw.

Prescott. Jedna z tych miejscowości, które przyciągają czymś nieokreślonym. Sklep z ręcznie wyrabianymi świecami, tania restauracja, oferująca pyszne dania kuchni południowo - wschodniej (krzyżówka amerykańskiej i meksykańskiej kuchni, może nawet i indiańskich specjałów, nieco zbliżona do tex - mex, ale znacznie bardziej wyrafinowana. To, co oferują w Teksasie jest jak dla mnie zbyt mięsne i przesadnie duże. Teksas zresztą wygląda jak wersja XXL Stanów, choć ciężko uwierzyć, że takie coś jest możliwe) i entuzjastycznie nastawiona pani w informacji turystycznej. Myślę, że mogła być z rocznika mojej świętej pamięci babci. Uderzyło mnie to, że kobieta w tym wieku jeszcze pracuje, jak się okazało, Arizona pełna jest starszych ludzi, napotykaliśmy ich w parkach narodowych, informacjach turystycznych, w restauracjach. I chociaż uważam, że nie należy nikogo odstawiać na boczny tor, nie mam wrażenia, że fakt bycia czynnym zawodowo wynikał w ich przypadku z chęci pracy. Z drugiej strony, kto wie...

Jerome. Jest takie miejsce w Arizonie, na trasie z południa do Wielkiego Kanionu, które zawieszone jest w górach. Miejsce, gdzie nie ma wystarczająco przestrzeni, by jednocześnie zbudować ulicę i domy. Te ostatnie stoją częściowo oparte o górę, częściowo na drewnianych konstrukcjach. Zdjęć nie dało się zrobić, bo pobocza też nie było.

Jerome jest jednym z miast - duchów, porozrzucanych po całym południowym - zachodzie Stanów. Tu wielki boom nastąpił w latach 20. XX wieku i skończył się wraz z kryzysem i spadkiem cen minerałów. Teraz gości tam głównie pustka, garstka turystów i artyści.

Sedona. Piękne góry, czerwone w zachodzącym słońcu. Ostatni na długo ciepły przystanek Arizony, jak miało się okazać. Miejsce narodzin pierwszych ludzi, przynajmniej według wierzeń lokalnych Indian.

Flagstaff. Przedmieście Wielkiego Kanionu. Miasto przyjazne, z małym (bardzo małym) starym miastem. Przeszywające zimno. Wczesna wiosna w górach.

Są rzeczy nieopisywalne. I nie do uchwycenia. W Kanionie najbardziej uderza mnie spokój i cisza. To jedno z tych miejsc, które skłaniają do refleksji na temat tego, jak małą cząstką życia planety jest egzystencja człowieka. Przecież kiedy nas nie było, działo się tak wiele. Na drzwiach wejściowych do budynków informacja o tym, że nie można nosić broni.

Powrót do domu. I słynna Route 66. Matka Autostrad. Nadzieja dla miasteczek, które wyrosły dzięki niej i teraz toczą swój nieco przykurzony, nieco żałosny żywot, zapomniane i opuszczone. Wszystko przez nową autostradę. Miejsca jak Seligman zatrzymały się w latach 50. i są dziś tylko atrakcją turystyczną dla tych, którzy tu trafią. Jeśli ktoś szuka czegoś na miarę Steinbecka, tu znajdzie kwintesencję. Ja sama mam ochotę po niego sięgnąć.

Autentyczne hamburgery i rozklekotane radio, transmitujące rozgrywki futbolowe. Niesamowite miejsce z historią na każdym rogu.

A mleko w Arizonie ma autentyczny smak.

Z przydomowego ogródka...

... czyli co można kupić w supermarkecie.

Powoli mija sezon na truskawki, czego nie jest mi żal, szczególnie, że za lokalną odmianą nie przepadam. Zrobiłam kilka koktajli na bazie kefiru i wystarczy. Teraz z utęsknieniem czekam na czereśnie. Tymczasem stragany zalegają arbuzy, znacznie spadła cena ogórków i pomidorów, kukurydzy zaś na pęczki (pęczki słodkie, mleczne, synek chętnie podgryza kolby, ale tylko wtedy, gdy nikt nie patrzy). Awokado za to romazuje się pod palcami swoją zielonością i rozpływa w ustach. W sumie da się z tego zrobić całkiem porządny zestaw dań.

 

Chodzi mi ostatnio po głowie inny projekt: 52 obiady na 52 tygodnie. 365 (chyba) niewykonalne, ale dobre i to. Tylko kiedy? Ten rok zapowiada się rokiem w rozjazdach, ledwo się rozpakowaliśmy, a już trzeba kupować przewodnik.

 

wtorek, 26 kwietnia 2011

Właściwie lubię Wielkanoc. Kojarzy mi się z ciepłem wiosny, radosnymi kolorami, w ogóle radością w powietrzu. No i z naszym spotkaniem, Wielkim Piątkiem na ławce w Parc Guell, kiedy starszy pan grał na trąbce a my czuliśmy się tak, jakby wokół nas nie było nikogo (a w Parc Guell przecież zawsze jest rojno). W tym roku jednak... W tym roku świąt nie lubiłam, chociaż czekałam na nie. Sama nie wiem, czemu. W każdym razie niedziela minęła jak każdy zwykły dzień, nawet nie weekend, a poniedziałek, jak poniedziałek, mąż poszedł do pracy a ja przyglądałam się na spacerze ludziom, którzy zdawali się zapomnieć o tym, że święta już się zdarzyły. Ogarnął mnie nastrój strasznego przygnębienia.

A teraz nadchodzi majówka, znowu nieobecna w naszym życiu. Postanowiliśmy jednak zrobić sobie krótkie wakacje, złapać oddech, zrobić coś innego. Czasem czuję się tak, jakbym nigdy już nie miała odpocząć.

Marzy mi się poranek z kawą i Wysokimi Obcasami na ganku domu mojej mamy, w sercu Kaszub. A jeśli nie to, to dwanaście godzin snu. Względnie spacer z szumem liści pod nogami. Tak, żebym mogła nabrać wiatru w skrzydła, być lepszą mamą, poczuć, że żyję.

Pogoda piękna, słoneczna. Jeszcze tylko dzień i ruszymy przed siebie.

Obejrzeliśmy ostatnio dwa filmy, jeden o tym, jak Stany Zjednoczone obalały praworządne rządy w Ameryce Południowej i dopuszczały do władzy potworne reżimy w imię demokracji i walki z dyktaturą i drugi, o służbie zdrowia. Przerażające jest to, że w tym kraju rocznie 700 tysięcy ludzi pada ofiarą bankructwa z powodu kosztów leczenia. No, ale przecież nikt nie chce socjalistycznego systemu, prawda?

Mam wrażenie, ż fascynacja Stanami wynika w większości przypadków z ich nieznajomości.

I pomyśleć, że kiedyś obiecywałam sobie, że nigdy tu nie przyjadę...

 

środa, 06 kwietnia 2011

Ciągle obiecuję sobie, że zrobię to czy tamto. Wrócę do pisania, tłumaczeń, napiszę maile, odpiszę na te, które dostałam, zajrzę tu, przeczytam to czy tamto, a końcem końców nie mam nawet ochoty sięgnąć po aparat, żeby zrobić obowiązkowe zdjęcie dnia. Przesilenie wiosenne?

Pogoda bawi się z nami wyśmienicie, racząc nas to pełnią lata (i nadmierną opalenizną), to chłodem wczesnej wiosny, to iście jesienną aurą, a wszystko to ukraszone mgłą, która napływa znad oceanu. I to mniej więcej odpowiada mojemu nastrojowi. No, ale nie jest źle, tylko snu wciąż mało.

Byliśmy ostatnio w Tijuanie. Trzydzieści kilometrów od naszego domu, a jakby w innym świecie. Tijuana es fea, fea, powiedziała do mnie moja masażystka. Sama urodziła się tam, ale mieszkała zaledwie pięć lat. A ja nie wiem, czy brzydka. Chyba bardziej zaniedbana. I biedna. Budynki piękne, ale odrapane, dzieci na ulicach sprzedają gumy do żucia, patrzą na ciebie swoimi wielkimi, pełnymi nadziei oczami. Zastanawiam się, czy to nawyk, czy rzeczywiście to jedyna opcja. Ostatecznie do Tijuany przyjeżdżają tłumy turystów, poza tym to jedno z większych miast, czy naprawdę jest tak źle?

Kontrast. Ogromny. Kontrast między mieszkańcami Tijuany, którzy zostali po tej stronie granicy, a między tymi, którym udało się zamieszkać po drugiej. Od razu przywodzi mi to na myśl Polaków, przyjeżdżających z Niemiec do Polski.

Mercado Hidalgo. Mam jakiś sentyment do rynków, straganów, handlarzy. Nie wiem, skąd mi się to wzięło. Oboje z mężem stwierdziliśmy, że przypominają nam one czasy dzieciństwa. Może to o to chodzi? Suszone papryczki chili, nie wiedziałam, że jest tyle odmian. Przechodzę wąskim przejściem i pstrykam zdjęcia. Już dawno przestałam się zastanawiać, co inni myślą o robieniu zdjęć w takich miejscach. Zakręcam obiektyw na aparacie i voila! - jestem w innym świecie. Ostatecznie ludziom nie są obce uzależnienia, oto moje.

Z nas dwojga to ja mówię po hiszpańsku, ale to z mężem rozmawiano, gdy trzeba było o coś zapytać. Ja pytałam, odpowiadali jemu. Komicznie to wszystko wyglądało.

Apteki są wszędzie. Właściwie nie wiem, jak je opisać - otwarta, przeszklona przestrzeń, zdaje się, że akceptują recepty zza granicy. Na każdym rogu jedna apteka, niesamowite.

Srebro i turkus. Nie zdołałam się oprzeć. Tak się składa, że srebro i turkus odpowiadają mojej osobowości. Próba 925, jak w Polsce. Ciekawa rozmowa ze sprzedawcą. Gdybym mogła, wykupiłabym pół sklepu, ale wiedziałam, że nie mogę okazać zainteresowania, bo zanim się obejrzę, wyjdę z naręczem biżuterii. Przyglądam się mojemu wisiorkowi o nieco indiańskich motywach i nie mogę nie czuć radości.

Środa. Ech, czemu jest dopiero środa!? Mam ochotę zwinąć się w kłębek na kanapie.

Plany. Zawsze jakieś są. I dobrze, bo do czegoś trzeba dążyć.

Czas okaże.

na wszystkie wampiry duszy mojej...

Z czosnkiem dopiero się poznajemy...

sobota, 26 marca 2011
Haiku

Haiku dla pesymisty

 

Ach czemu, ach czemu,

drzemie we mnie

ponura natura?

 

Skoro teraz pisać każdy może, a papier (ekran) przyjmie każde zebeceństwo, a co gorsza część tych bezeceństw nawet trafi do druku, to może i ja zacznę pisywać haiku? To pierwsze dedykuję sobie, a raczej swojemu dziś nastrojowi. Widać spacery wpływają na kondycję nie tylko ciała...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31
szablon mam od: http://szablonybyepeeya.blox.pl/